"Mój następca na pewno przychodzi do organizacji, w której nigdy nie było ani łatwo, ani prosto. Bardzo trudno jest sprostać wymaganiom sześciuset podmiotów", powiedział Eugeniusz Laszkiewicz, prezes KZBS w wywiadzie dla "Gazety Bankowej".
z Eugeniuszem Laszkiewiczem, prezesem zarządu Krajowego Związku Banków Spółdzielczych, rozmawia Dorota Bogucka – Mam przed sobą wyniki rankingu „Najlepsze banki według Wskaźnika Gazety Bankowej” i okazuje się, że banki spółdzielcze pod względem wskaźników wzorcowych, czyli wyników banków najlepszych w danej kategorii, są lepsze od komercyjnych małych i średnich. To chyba znaczy, że wchodzą z nimi w konkurencję?
– Nie sposób mówić pojedynczo o niektórych bankach spółdzielczych, bo wszystkich jest 579 i sporo czasu zajęłoby omówienie przynajmniej liderów. Na czoło wszystkich rankingowych zestawień wysuwa się Krakowski Bank Spółdzielczy, którego suma bilansowa przekroczyła już 1 miliard złotych. Razem banki spółdzielcze są na trzecim miejscu po względem rozpoznawalności po PKO BP i Pekao. Pozostawiają w tyle takie banki jak BZ WBK, Bank Śląski, BGŻ czy eurobank. Banki spółdzielcze mają 21 proc. placówek całego systemu bankowego. Dokładnie przekroczyliśmy już 4 tys. placówek bankowych. To jest największa sieć bankowa w kraju. Oczywiście nie bierzemy pod uwagę Poczty Polskiej. Zresztą biorąc pod uwagę to co się w Poczcie dzieje, trudno tu nawet o porównania. My jesteśmy na rynku i będziemy konkurować z każdym, chociaż nie uznajemy wrogiej konkurencji, a szczególnie prób zawłaszczania naszych tradycyjnych rynków przez zagraniczne podmioty bankowe, takie jak np. Rabobank.
– W jednym z wywiadów mówił pan, że nie chcecie tak jak Poczta sprzedawać w bankach napojów ani kosmetyków.
– To prawda. Poczta starając się pozyskać wszystko i wszystkich wprowadziła do swoich placówek usługi, które nijak się mają do bankowości ani do usług finansowych. Wtedy to komentowałem tak trochę ironicznie, dzisiaj rozumiem, że to być może było konieczne w poszukiwaniu środków, by sprostać wymaganiom rynkowym, a także żądaniom pracowniczym. Życie pokazało, że Bank Pocztowy nie jest zagrożeniem dla banków spółdzielczych, mimo że pracujemy w podobnej niszy rynku finansowego. Te 4 tys. placówek to nie są ani okienka, ani punkty kasowe, ale przynajmniej trzyosobowe oddziały. Banki spółdzielcze tradycyjnie pracują w powiatach, w gminach, ale kilka największych banków spółdzielczych wywodzi się z Krakowa, Katowic, Białegostoku, Olsztyna. W tych dużych aglomeracjach znajdują się klienci, którzy łatwo rozpoznali wizerunek banku spółdzielczego. Mogą to być albo napływowi klienci ze środowisk wiejskich, albo tradycyjnie związani ze spółdzielczością, albo też klienci, którzy doświadczyli umiejętnego znajdowania się na rynkach wielkomiejskich, niemieckich banków spółdzielczych zrzeszonych w DZ Banku.
– Rozpoznają wizerunek pomimo braku reklamy?
– Odpowiem anegdotą. Pewnego artystę śpiewaka zapytano: mistrzu, pan pięknie śpiewa, ale dlaczego tak cicho, a ten odpowiedział: no bo umiem. W jakimś sensie można to odnieść do sytuacji banków spółdzielczych. Wystarcza nam opinia przekazywana sobie przez klientów. Mamy ich ponad 10 milionów i ta liczba mówi sama za siebie. A jeśli do tego dodamy, że 85 proc. przepływów środków unijnych z dopłat bezpośrednich trafia do rolników właśnie poprzez banki spółdzielcze, to wyraźnie widać jakie znaczenie mają i jaką odpowiedzialność na siebie przyjęły, a to wymaga dużej determinacji i spokoju. Banki spółdzielcze to jest 51 mld zł sumy bilansowej, ponad 5 mld zł funduszy własnych, zatrudniamy ponad 28 tys. pracowników. Zysk za 2007 rok wyniósł 505 mln zł i był o 5 proc. wyższy niż w roku 2006.
– To są pozytywy, a jakie pan widzi niedociągnięcia?
– Myślę, że niedociągnięciem jest brak wizerunkowego produktu, który byłby sztandarowym przykładem solidaryzmu spółdzielczości bankowej w całym kraju. Żeby po szyldzie i po reklamie można było powiedzieć – to są produkty już bardzo uznane przez spółdzielczość bankową, niezależnie od tego czy znajdujemy się w Warszawie, czy w Białymstoku, czy w Rzeszowie. Nad takimi wystandaryzowanymi produktami pracują trzy banki zrzeszające. Myślę, że pod koniec tego roku zaproponujemy klientom, członkom banków spółdzielczych kilka wspólnych ważnych i atrakcyjnych produktów.
– Ciągnąc ten wątek, nasi eksperci bardzo wyraźnie powiedzieli w komentarzach do wyników rankingu, że banki spółdzielcze powinny lepiej kontrolować koszty. Czy w takim razie należy się bronić przed normami ostrożnościowymi i europejskimi standardami rachunkowości?
– Koszty musiały być na tym poziomie ze względu na powstawanie nowych placówek. Nie da się stworzyć placówki bezkosztowo, zwłaszcza że ona ma być nowoczesna i funkcjonalna, wyposażona w infrastrukturę umożliwiającą świadczenie usług m.in. przez internet. Natomiast czym innym są rygory Nowej Umowy Kapitałowej. Moje zdanie jest takie, że Nowej Umowy Kapitałowej nie należy w taki sam sposób rozumieć w odniesieniu do banków spółdzielczych, jak do banków komercyjnych. Z tej prostej przyczyny, że normy ostrożnościowe, normy różnych rodzajów ryzyka, powinny być inaczej ważone w dużym banku sieciowym, w którym klienci są anonimowi, a zupełnie inaczej w banku spółdzielczym. Poza kilkunastoma, które mają większy teren działania, to większość działa na terenie ograniczonym. I to ryzyko jest zamknięte do tego terenu i do tych klientów, więc tutaj mechanizm stosowania norm ostrożnościowych zawarty w Nowej Umowie Kapitałowej jest trochę sztuczny. Najmniejszy bank spółdzielczy zatrudnia około 18 osób. Żeby wypełnić wszystkie potrzeby umowy kapitałowej, trzeba dodatkowo zatrudnić jeszcze dwie osoby. Po co? To są dopiero koszty, o których mówiliśmy, że trzeba je kontrolować i niwelować. Z tego powodu osobiście odnoszę się z dużym zastrzeżeniem do Nowej Umowy Kapitałowej w bankach spółdzielczych.
– Pan w swoich wypowiedziach odnosił się do SKOK-ów, traktując je jak konkurencję, podczas gdy fakty wskazują na to, że banki spółdzielcze konkurują z bankami komercyjnymi a nie ze SKOK-ami. Co do charakteru i terytorialnie. Zapytam przewrotnie, czy nie lepiej połączyć siły banków spółdzielczych ze SKOK-ami i stworzyć sieć 6 tys. placówek, większą od największych banków komercyjnych?
– Dobra konkurencja jest tak jak wiatr od morza – ożywcza. Uważam, że banki spółdzielcze i SKOK-i nie są dla siebie konkurentami w tym złym znaczeniu. Oczywiście konkurujemy w niektórych segmentach rynku, a to można bardzo prosto uregulować. W taki sposób, że będziemy się dzielić tymi segmentami, na przykład: małe potrzeby kredytowe, takie zamykające się w granicach 500–1000 zł, nie będą przedmiotem zainteresowania banków spółdzielczych, ci klienci mogą i powinni być obsługiwani przez SKOK-i. Natomiast kredyty większe, inwestycyjne powinny być obsługiwane przez banki spółdzielcze. Nie ma niestety do tej pory praktyki konsorcjów między bankami spółdzielczymi i SKOK-ami, a jeszcze bardziej praktyki stosowania wspólnych rozliczeń. Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe nie muszą prowadzić swoich rozliczeń przez Raiffeisen Bank i inne banki zagraniczne mogłyby to robić poprzez system bankowy spółdzielczości. Bo jeśli mówimy o zdrowej konkurencji, to SKOK-i należy traktować jako rodzime instytucje finansowe nie będące bankami, natomiast banki spółdzielcze są polskimi bankami. Te dywagacje o konkurencji często wynikają z tego, że za mało z sobą rozmawiamy jak partnerzy. Z góry traktując siebie jako konkurentów. Tymczasem to wzorem innych krajów może i powinno być uregulowane. Z tym, że tam gdzie pracujemy wspólnie, powinniśmy pracować w podobnych do siebie warunkach prawnych i finansowych. Sektor banków spółdzielczych nie domaga się zabierania czegokolwiek SKOK-om. Nam nie zależy żeby SKOK-om ograniczyć zdolność funkcjonowania. A więc jeżeli mówimy o rozwiązaniach systemowych, to mówimy o wspólnych jednakowych dla banków spółdzielczych i dla SKOK-ów, które odróżniałyby spółdzielczy system finansowy w całości polski od parabankowych instytucji obcego kapitału, które udzielają szybkiego kredytu czy szybkiej pożyczki.
– A co stoi na przeszkodzie, żeby ta współpraca się zacieśniła?
– Przede wszystkim konieczne jest wyeliminowanie demagogii, rugowanie takich artykułów jak „Dwa oblicza spółdzielczości” („GB” nr 23). Artykuł jest podpisany przez doktoranta UMCS z Zakładu Prawa Spółdzielczego i Organizacji Spółdzielczości. Po pierwsze, pan doktorant nie zna ani przepisów aktualnych, ani sytuacji. On mówi, tu podkreślam, że jest to tylko jego ocena – „banki spółdzielcze są słabiutkie, że chylą się ku upadkowi, że to jest nietrwały system i szkoda, że nie podążają drogą SKOK-ów, bo wtedy by się utrzymały”. Dopóki SKOK-i nie są bankami a banki spółdzielcze są bankami, to mamy niewątpliwie obok siebie równoległe ścieżki, którymi powinniśmy coraz bardziej gładko jeździć, w sensie wyznaczania sobie zadań, celów i roli. Możemy się zastanawiać czy ze SKOK-u można zrobić bank spółdzielczy, a z banku spółdzielczego SKOK, ale to wymaga nie debaty przy kawie, tylko rozwiązań prawnych, ekonomicznych, a także uwzględnienia doświadczeń choćby historycznych. A teraz pisze pan doktorant Barszcz, że banki spółdzielcze muszą osiągnąć do 31 grudnia roku 2010 poziom funduszy własnych w wysokości 1 mln euro. Mija się z rzeczywistością. Banki spółdzielcze ten próg miały osiągnąć do 31 grudnia 2007 a nie 2010. I wszystkie osiągnęły, a trzy które nie osiągnęły połączyły się. Chociaż godzi się tutaj podkreślić, że ten próg nie byłby konieczny do spełnienia, gdybyśmy się kierowali uznanymi doświadczeniami europejskimi, gdyby nasi negocjatorzy wzięli pod uwagę na przykład rozwiązania i umowy Hiszpanii i Portugalii. One są od dawna w Unii Europejskiej, a te progi mają osiągnąć dopiero w latach 2011 i 2012. Więc pan Barszcz zupełnie nie wie o co chodzi, pisząc dalej, że „Większość banków spółdzielczych, które nie spełnią wymogów w wymienionym terminie zostanie prawdopodobnie zlikwidowana, co będzie dużym ciosem dla spółdzielczego systemu bankowego”. Co znaczy zlikwidować? Jeżeli już tak miałoby być, to wtedy wyznacza się dla takiego banku program naprawczy, daje mu się szansę. Ale tu nie ma takiej potrzeby, bo wszystkie banki osiągnęły ten limit, a kilkadziesiąt z nich przekroczyło nawet 5 mln euro. Autor niepotrzebnie stawia w opozycji banki i SKOK-i używając takiego stwierdzenia: „pozostaje mieć nadzieję, że SKOK-i nie podążą drogą banków spółdzielczych”. Nie podążają wcale drogą banków spółdzielczych, no więc po co tutaj dywaguje i konfrontuje nas ze SKOK-ami. Tak jak w systemie bankowym łatwo rozpoznać bank, który ma kłopoty, bo zaczyna podnosić procenty na lokatach i dla fachowca to jest łatwe do oceny. Tak samo w takich dywagacjach, jeżeli mówimy, że coś zagraża, to też świadczy o jakimś zdarzeniu, które powinno się ocenić. Zdarzenia powinno się oceniać zgodnie z rzeczywistością, a nie poprzez manipulacje czy mało rzetelne wnioski wyprowadzane z niewiedzy lub arogancji.
– Co pan zostawia następcom po kilkunastu latach prezesowania Krajowemu Związkowi Banków Spółdzielczych?
– Mój następca na pewno przychodzi do organizacji, w której nigdy nie było ani łatwo, ani prosto. Bo będąc bankową izbą gospodarczą, związek musi spełniać oczekiwania banków spółdzielczych. Bardzo trudno jest sprostać wymaganiom sześciuset podmiotów. Kiedy obejmowałem tę funkcję, było ponad 1200 banków spółdzielczych i wtedy przeżywaliśmy okres bardzo trudnej transformacji, która nakazała potrzebę uporządkowania sytuacji ekonomicznej i organizacyjnej po wejściu Ustawy o wolnym obrocie gospodarczym z 1989 r. Trzeba było dokonać czasami trudnych, bolesnych łączeń. Kiedy niedawno zrobiłem rachunek swoich wyjazdów, naliczyłem prawie 1400 wizyt w bankach spółdzielczych. I jak mówię o tym, to mówię z bólem serca, że wiele tych banków już nie ma. Jednak sektor banków spółdzielczych w stosunku do początków mojej pracy zwiększył swoje fundusze własne ponadstukrotnie, oczywiście to nie jest wyłącznie moja zasługa, ale w jakiejś mierze mogę ten fakt uznawać za wspólny sukces. Krajowy Związek Banków Spółdzielczych jest jedyną organizacją, która chroni i walczy o interesy wszystkich banków spółdzielczych, tych dużych, ale też, a może w szczególności tych mniejszych. Przy tym zdecydowanie przeciwstawiamy się jakimkolwiek manipulacjom wobec prawa i Ustawy o funkcjonowaniu banków spółdzielczych. Nie traktujemy banków instrumentalnie dla osiągania korzyści materialnych jak to robią inne organizacje, ale dążymy, aby banki spółdzielcze odczuwały naszą służebną działalność zawsze wtedy, kiedy tego one same potrzebują lub taką potrzebę uznaje związek za swoją powinność wobec wyzwań i zagrożeń całości lub każdego z osobna. Uczestniczymy w pracach komisji Ministerstwa Finansów, w komisjach Ministerstwa Rolnictwa, uczestniczymy bezpośrednio w pracach Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, Funduszu Kapitałowego, bardzo ścisłe są związki z NBP i obecnie z Komisją Nadzoru Finansowego. Uczestniczymy też we wszystkich pracach instytucji międzynarodowych i europejskich, zajmujących się generalnie bankowością spółdzielczą, ale nie tylko, bo są również komitety, takie jak np. Europejski Komitet ds. Standardów Rachunkowych. O tym, że polska bankowość spółdzielcza ma dobry wizerunek na świecie świadczy to, że uzyskałem konsensus organizacji ze 105 krajów, które powierzyły mi funkcję przewodniczącego Międzynarodowego Stowarzyszenia Bankowości Spółdzielczej, tym samym otworzyłem szeroko wszystkie drzwi na świat i jego spółdzielcze instytucje rodzimym bankom spółdzielczym.
– Uprzedził pan moje pytanie o doświadczenia międzynarodowe właśnie.
– Odwiedziłem bardzo wiele banków spółdzielczych na świecie i doszedłem do wniosku, że nie mamy ani powodów ani konieczności wstydzić się czegokolwiek. Owszem, ustępujemy pod jednym względem – przed siłą kapitałów. Zdumienie może budzić rozwój i znaczenie spółdzielczości bankowej w Azji, chociaż nasze europejskie grupy bankowe z powodzeniem z nimi konkurują. Wiele europejskich grup bankowości spółdzielczej przyjeżdża do Polski w całym swoim składzie członkowskim odbywać walne zgromadzenia. I na przykład we wrześniu przyjeżdża 200-osobowa grupa spółdzielców bankowych z Włoch, skupionych w formacji Feder Casse, na swoje walne zgromadzenie, a jednocześnie na zwiedzanie i kontakty z polskimi spółdzielcami. Robią to nie tylko dlatego, że Polska jest atrakcyjna pod względem ekonomicznym, bo ceny już dzisiaj są podobne, ale może przede wszystkim dlatego, że mamy wiele doświadczeń, którymi możemy się dzielić i się dzielimy. Wzrasta znaczenie naszego kraju na arenie międzynarodowej i to powoduje także wzrost zainteresowania branżowego, z czego jako polscy spółdzielcy – bankowcy jesteśmy dumni.
– Dziękuję za rozmowę.
Wywiad, chroniony prawami autorskimi, publikujemy za pisemną zgodą redakcji "Gazety Bankowej". Więcej na temat bankowości spółdzielczej na stronie www.gazetabankowa.pl oraz w tygodniku "Gazeta Bankowa". |