| "Jest krzyż, jest impreza" |
|
| 10.08.2010 | |
|
„Jest krzyż, jest impreza” - rozpowszechniło na całą Polskę Radio Zet. „Jest krzyż, jest impreza” - powinno być od tej pory hasłem PO i prezydenta Bronisława Komorowskiego. „Jest krzyż, jest impreza” - stanie się niechybnie zawołanie Kuby Wojewódzkiego i Jurka Owsiaka „Róbta co chceta”. „Jest krzyż, jest impreza” – doskonale pokazuje, jak rozwydrzoną młodzież wychowuje nasz zmodernizowany system edukacyjny z gimnazjami i nowoczesne media elektroniczne. Ale o to w tym wszystkim chodzi, bo rozwydrzona młodzież głosuje na PO i SLD. Po to powstały gimnazja, w których nastolatkowie wyrwani ze środowisk ustabilizowanych w szkołach podstawowych, głupieją, gdy hormony im buzują. Po to znowelizowano ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, by odebrać rodzicom większość instrumentów wychowawczych, by oddać dzieci pod socjalizację wymyśloną w państwowych urzędach i łatwiej je indoktrynować. Niedawno zetknąłem się z rozwydrzoną młodzieżą. 7 sierpnia 2010 r. byłem na Festiwalu Słowian i Wikingów na wyspie Wolin. W kolejce do bankomatu Banku Spółdzielczego w Wolinie trzech młodych mężczyzn kpiło z obrońców krzyża przez Pałacem Prezydenckim. „Dla mnie te dwie skrzyżowane deszczułki nic nie znaczą”, powiedział jeden z nich. Gdy zwróciłem im uwagę, że dla wielu ludzi te dwie deszczułki mają wielkie znaczenie i gotowi są nawet w ich obronie zginąć, przestali naśmiewać się z obrońców krzyża. Jeden z nich spokojnie wypłacił 100 zł i wszyscy poszli w stronę wioski Słowian i Wikingów. Posłowie PO nawet gdy im się zwróci uwagę na niestosowność ataków na obrońców krzyża, nie przebierają w słowach, wyzywają obrońców od fanatyków, podgrzewają atmosferę. I mamy efekty. „Jest krzyż, jest impreza”, krzyczą młodzi zwolennicy PO. Niewiele różnią się od młodych hunwejbinów wspierających Mao i Komunistyczną Partię Chin w czasie rewolucji kulturalnej w Państwie Środka. Jerzy Krajewski
|



„Jest krzyż, jest impreza”, krzyczał młody zwolennik PO wieczorem 9 sierpnia 2010 r. przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie. Do takiego bluźnierstwa doprowadził postulat Bronisława Komorowskiego, by usunąć krzyż sprzed pałacu, wyrażony w pierwszym wywiadzie po wygranych wyborach.