Polska w globalnej lawinie

przez | 13 lutego 2019

„Kryzys można porównać do lawiny, która po drodze zgarnia kolejne kraje, domy, ludzi. Pędzimy w dół i nie wiemy, kiedy i w którym miejscu się zatrzymamy i jakie po drodze poniesiemy straty. Wszystkie prognozy są mało wiarygodne, gdyż sytuacja jest bezprecedensowa”, ocenia Witold Gadomski.  

Przeżywamy pierwszy globalny kryzys finansowy i pierwszą globalną recesję. Porównania z kryzysem sprzed 80 lat nie przystają do realiów obecnych.

– Jeżeli polski rząd nie wie, jak walczyć z kryzysem, niech przyjrzy się temu, co robi prezydent Barack Obama – powiedział w Radiu Zet poseł SLD Jerzy Szmajdziński. Rzeczywiście, administracja amerykańska walczy z kryzysem bardzo aktywnie, ale efekty ma marne. Wydała lub obiecała wydać przeszło 1 bln dolarów na ratowanie banków, zagrożonych fabryk, miejsc pracy, zadłużonych posiadaczy domów, a osiągnęła jedynie to, że prognozy na najbliższy rok są gorsze niż kiedykolwiek. To nie zarzut wobec nowego prezydenta USA. Po prostu sytuacja jest nadzwyczajna.

Można ją porównać do lawiny, która po drodze zgarnia kolejne kraje, domy, ludzi. Sami w tej lawinie się znajdujemy. Pędzimy w dół i nie wiemy, kiedy i w którym miejscu się zatrzymamy i jakie po drodze poniesiemy straty. Wszystkie prognozy są mało wiarygodne, gdyż sytuacja jest bezprecedensowa. Przeżywamy pierwszy globalny kryzys finansowy i pierwszą globalną recesję. Porównania z kryzysem sprzed 80 lat nie przystają do realiów obecnych.Politycy są w sytuacji niekomfortowej. Jak zawsze coś obiecują, próbują robić, przedstawiają prognozy, a rzeczywistość szybko je weryfikuje negatywnie. Spójrzmy zresztą na prognozy znakomitych fachowców z międzynarodowych banków. Co tydzień otrzymuję drogą elektroniczną tygodnik sporządzany przez analityków Merrill Lyncha (Emerging EMEA macro weekly). W listopadzie ubiegłego roku prognozowali, że w roku 2009 gospodarka Polski wzrośnie o 3,3 proc., w grudniu obniżyli prognozę do 1,8, a przed dwoma tygodniami do 0,8 proc. Nie sposób jednak ocenić czy to prognoza prawdopodobna. Możliwe są wszystkie warianty – być może będzie lepiej, a może znacznie gorzej.

Przyznaje to minister finansów Jacek Rostowski, który przez dłuższy czas wyrażał publicznie optymizm, sądząc zapewne, że lepiej nie wywoływać wilka z lasu. W wywiadach, które w ubiegłym tygodniu udzielił kilku gazetom, w tym „Wyborczej” mówi, że bierze pod uwagę niższy wzrost PKB niż 1,7 proc.

Ponieważ sytuacja szybko się zmienia – niestety na gorsze – nie nadążają za nią oficjalne statystyki, sporządzane przez GUS. Są opóźnione zwykle o ponad miesiąc, a jeśli idzie o dane bardziej szczegółowe o kilka miesięcy. To nie zarzut – w „normalnych” czasach takie opóźnienie nie wpływa na decyzje makroekonomiczne. Ale w obecnej sytuacji wiedza tym, co się działo przed kilku miesiącami jest prehistorią. Wiemy na przykład, że w grudniu 2008 produkcja przemysłowa była o 4,4 proc. niższa niż rok wcześniej, a w całym roku 2008 wzrosła o 3,5 proc.

Budownictwo radziło sobie jeszcze lepiej. Ale jeszcze nie wiemy co się działo w styczniu 2009. Możemy tylko podejrzewać, że gospodarka w dalszym ciągu zwalniała, gdyż inflacja spadła z 3,3 do 3,1 proc. mimo dramatycznego osłabienia złotego, a tym samym podrożenia wielu dóbr z importu. W grudniu stopa bezrobocia wynosiła 9,5 proc. i była wyższa niż w listopadzie. To jeszcze nic groźnego, gdyż zimą zwykle bezrobocie sezonowe rośnie. Są jednak sygnały, że w styczniu przekroczyła 10 proc., a niektórzy ekonomiści (na przykład były wiceminister finansów Stanisław Gomułka) przewidują, że wkrótce sięgnie 15 proc. czyli poziomu sprzed gospodarczego boomu. Ale ta prognoza, jak niemal wszystkie, stawiane na gorąco, obciążona jest wielką niepewnością.

Więcej o gospodarce dowiadujemy się z mediów, które niemal codziennie przynoszą złe wiadomości. Zaczęły się zwolnienia z pracy w sektorze finansowym (naciskają na to zagraniczne centrale, w których „czystki” zaczęły się jesienią ubiegłego roku), w mediach, w przemyśle samochodowym i meblarskim. To branże przeżywają coś w rodzaju szoku, gdyż jeszcze przed rokiem były wskazywane jako przykład sukcesu. Firmy takie jak producent mebli „Nowy Styl” były beneficjentami wejścia Polski do Unii Europejskiej. Okazały się konkurencyjne na wspólnym rynku. Ale teraz rynek europejski i globalny gwałtownie się kurczą, więc eksporterzy najbardziej odczuwają skutki recesji.

Dobija ich dodatkowo słaby złoty. To paradoks, gdyż dotychczas eksporterzy narzekali na to, że polska waluta jest zbyt mocna. Aby się zabezpieczyć przed dalszym wzmacnianiem złotego eksporterzy kupowali skomplikowane instrumenty zabezpieczające się przed ryzykiem kursowym – podwójne opcje. Źle ocenili ryzyko i dziś muszą oddać bankom miliardy złotych. Nikt nie wie, ile dokładnie, szacunki mówią nawet o 100 mld złotych, czyli sumie, która położyłaby tysiące średnich firm, które inwestowały w opcje. Być może uda się straty zmniejszyć, ale to dziś wielki znak zapytania.

Silne osłabienie złotego to niespodzianka dla większości ekonomistów. Jeszcze jesienią wszystkie dane świadczyły o tym, że nasza gospodarka jest bardziej odporna na wstrząsy globalne i złoty będzie stabilny. Tymczasem od początku roku stracił kilkanaście procent, a od listopada przeszło 30 proc. – najwięcej z walut środkowoeuropejskich. Specjaliści nie są zgodni co do tego, dlaczego tak się dzieje. Bardziej znane są skutki deprecjacji. Straty ponoszą posiadacze opcji, ale przede wszystkim importerzy, którzy muszą płacić za materiały, surowce i usługi znacznie więcej, niż wcześniej przewidywali.

Ale także czeska korona – dotychczas uważana za walutę bardzo stabilną – straciła od początku roku 7 proc. Okazuje się, że najbardziej zdrowa gospodarka nie sprosta globalnej lawinie.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *